Five young journalists write about Auschwitz.
wtorek, 13 lutego 2007
Co powiedziałby nam obóz, gdyby mógł mówić?

Co powiedziałby nam obóz, gdyby mógł mówić?

Czy opowiedziałby nam o ogromnym cierpieniu ludzi, którzy kiedyś byli w nim więzieni? Czy opowiedziałby nam o kobietach, które ze strachu i by chronić dzieci, chowały je w latrynach pełnych odchodów? A może opowiedziałby nam o mężczyznach, którzy zagazowali tysiące ludzi, a którzy wieczorami byli przykładnymi mężami i dobrymi ojcami?

A może to wszystko zostanie przemilczane? A może obóz opowie nam o pięknych momentach spędzonych w nim?

Czy opowie nam także o milionach ludzi, którzy po wojnie odwiedzili to miejsce i którzy po tym wszystkim nie byli już tymi samymi ludźmi?

Oboz potrafi mówić. Słyszałem go. Ale żeby go usłyszeć potrzebujemy więcej niż tylko jednej szybkiej wizyty tam na miejscu. Żeby usłyszeć obóz potrzebujemy ciszy i spokoju. Nie powinniśmy iść z żadną grupą, którą przewodnik zasypuje godnymi poznania faktami, ale też tymi niezbyt istotnymi. Zamiast tego powinniśmy chodzić po obozie i poddać się bezwolnie tej chwili. Powinniśmy poświęcić więcej czasu myślom i wsłuchiwaniu się. Co opowiedzą nam ruiny krematorium? A co drewniane i murowane baraki? Kilometrowy drut kolczasty, latryny, ulice, szyny kolejowe, co one nam powiedzą?

Nie chcę powiedzieć nic złego o oprowadzaniach po obozie. One są ważne, stawiają nam przed oczyma zgrozę obozu, odpowiadają na pytania i przyczyniają się do naszej edukacji. Jednak nie przyczyniają się w dużym stopniu do emocjonalnego wyjaśnienia i do zrozumienia tego wszystkiego. A może tego nie chcą?

Ludzie biegają w pośpiechu po obozie, „zaliczając” kolejny obiekt na liście, który chcą koniecznie zobaczyć. Wracają do autobusu, z którego przedtem zostali „wypchnięci”.

Może powinniśmy być po prostu spokojni i przysłuchiwać się.

„To wszystko wydarzyło się tylko i dlatego, że wszyscy odwrócili wzrok“, to powiedział do mnie obóz.

A co powiedział obóz do Ciebie?

                            

Ralph Pache

Übersetzung: Ela Pasternak, Dominika Antosz (nantosz@wp.pl)

                  

20:56, interjournalists , Teksty po polsku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 stycznia 2007
Wszyscy jestesmy uciekinierami

Druty, straż, zastraszanie. Byle więzień czuł, że z obozu nie ma wyjścia. Chyba, że przez komin - jak zwykli żartować esesmani.

Miłość

Mimo to uciekano. Tak jak Mala i Edek. Młodzi, zakochani. Ona Żydówka, on Polak. Wyszli w przebraniu. Jako więzień z umywalką na głowie i esesman. Nie można było pozwolic, by długie wlosy Mali zdradziły sekret. Przekroczyli bramy obozu, ale nie na długo. Zostali złapani. Potem byly tortury i śmierć.

Niektórzy więźniowie mawiali, że miłość pozwalała im przekraczac bramy obozu – opowiada Ewelina Matusz, przewodniczka w Muzeum. Nie dosłownie oczywiście. Na tyle zaś, by być obok, nie w środku tego piekła.

Z relacji byłych więźniarek wiemy, że Mela często opowiadała, że kocha i jest kochana – ciagnie Matusz. Byla szczęśliwa. Miała nadzeję, że uda im się uciec i wieść normalne życie. Razem przeciwko machinie śmierci, jaką byl obóz.

Myślenie

Żeby uciec trzeba bylo mieć do tego sposobność. Ważne było, czy się wychodzi do pracy poza obóz. Chodzilo o możliwości techniczne. Nie każdy takie miał.

Myśleliśmy o ucieczce – przyznaje Kazimierz Smoleń, byly więzień Auschwitz-Birkenau.- Ale na myśleniu sie kończylo.

Muzyka

Ale jak tu uciec jak się jest pod ciąglym nadzorem strażnika? Na dodatek pełni sie jakąś wyjątkową funkcję. Choćby muzyka w Kapeli Oświęcimskiej. A byla taka. Przewinęło sie przez nią wielu muzyków. W tym jej dyrygenci: Franz Nierychło i Adam Kopyciński.

Do 1941 nikt nie wiedział, że powstanie taka orkiestra – pisze Ignacy Szczepański w książce: Haftlings-kapelle. - Nikt nawet w najśmielszych marzeniach, nie wyobrażał sobie takiego składu instrumentów. Ani  że grać w niej będzie tylu znakomitych muzyków.

Pianisci, perkusiści, skrzypkowie, fagociści. Wystepowali jako zespół. Najczęściej dla dostarczenia rozrywki esesmanom. Wiadomo tylko było, że mogą grać niemieckie kompozycje: Mozarta, Schuberta. W żadnym wypadku Chopina. Za nieposłuszeństwo byli bici.

Dla nas więźniów z orkiestry, muzyka była swego rodzaju ucieczką. Wielki meloman mecenas Szumański z Krakowa mawial: < Niemcy tu wszystko odrutowali, strzegą, żeby nikt nie uciekł, a ja zamykam oczy i jestem poza drutami. Oni nie wiedzą, że my wszyscy jestesmy uciekinierami.>1

1 Cytat pochodzi z książki: Haftlings-kapelle Ignacego Szczepańskiego .

Anna M. Potrzeszcz

10:23, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (3) »
Drei, vier, Brigadier

Miasto dziś

Oświęcim, czterdziestoczterotysięczne miasteczko usytuowane na południowy zachód od Krakowa. Na środku rynku znajduje się ustawiony pokracznie  sklep Justine Fashion Boutique, w południowej pierzei budynków okalających rynek - Pizza Hit, zaś w zachodniej - Max Cafe.

Zwiedzanie

Po mieście oprowadza nas dziewiętnastoletni Tilman, który przyjechał na roczny wolontariat do Centrum Żydowskiego w Oświęcimiu. Pokazuje życie nieistniejącego już miasta, tłumaczy symbolikę nagrobków żydowskich, opowiada historie ludzi, którzy to miejsce tworzyli. Przez lata upływającej historii miasto przyjmowało rozmaite nazwy Oshpitzin, Oświęcim, Auschwitz. Zawsze mile widziani byli tu Żydzi, którzy przed wojną stanowili większość mieszkańców. Nazwę Oshpitzin wywodzono od skrótu żydowskiego słowa oznaczającego gościnność.

Zwiedzając miasteczko nieopatrznie przekraczamy jezdnię w nieprzeznaczonym do tego miejscu. Pasy są dużo dalej, trzebaby się cofać, a tu zimno i śnieżnie... Nagle cyk: zza przystanku wyskakuje Pan Policjant z pałką. A wy tu co, że wy to jak, tak nie po pasach, nie w zgodzie z naszym polskim prawem... Aber wir verstehen nicht... Turisten...

Also... Pan się wycofał. Na ja. Elementarne podstawy gościnności zostały zachowane.

Sylwia Mróz

08:47, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (2) »
Palec w ranę czyli o wystawie

Trwają przygotowania nad zmianą charakteru wystawy prezentowanej w blokach muzeum Auschwitz-Birkenau. 

Muzeum teraz

Ewelina Matusz, przewodniczka, brała udział w burzy mózgów, w czasie której pod dyskusję poddano wygląd dzisiejszej ekspozycji (pochodzącej z 1954 roku). Przyznaje, że wystawa ma zdecydowanie przestarzałą formę. Należałoby zmienić kilka rzeczy, tak by stała się ona dużo przystępniejsza dla przeciętnego odwiedzającego.

Do zmiany

Przede wszystkim gabloty poziome na ekspozycje pionowe. Wystawie brakuje również indywidualizacji ofiar, opisów streszczających ludzkie koleje losu. W efekcie ekspozycja podkreśla to, co hitlerowcy zrobili z wielonarodowościowym tłumem – zamienili człowieka w nic nie znaczący numer. To co szczególnie przykuwa uwagę, to brak ekspozycji poświęconej oprawcom, jak również brak podkreślenia miejsca egzekucji komendanta obozu Rudolfa Hossa. Możnaby również ulepszyć akustykę miejsca. Ale najistotniejsze miejsce w sporze zajmuje sposób prezentacji włosów. Matusz uważa, że, należy pochować szczątki ludzkie. Najlepiej w piwnicy uczynić symboliczny grób tak by zwiedzający mogli oglądając ekspozycję patrzeć z góry. W ten sposób możnaby oddać hołd tym pozostałym szczątkom ludzkim, a jednocześnie prezentować niezaprzeczalny dowód zbrodni.

To trochę, jak włożenie palca do rany - mówi Matusz. - Ale i tak myślę, że ten element ekspozycji powinien być prezentowany.

Sylwia Mróz

07:51, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
Zwyczajna-Niezwyczajna przwodniczka

Ewelina Matusz ma za sobą ponad jedenastoletnią praktykę w przewodnictwie po obozach Auschwitz-Birkenau. Do zawodu powróciła po dwudziestu pięciu latach przerwy. Po urodzeniu córki nie była w stanie oprowadzać. Miała koszmary - śniło jej się, że znajduje się w obozie i podczas apelu SS-mani zabierają jej dziecko.
Wszystko zaczęło się od wujka, byłego więźnia, który od najwcześniejszych lat podsuwał swej siostrzenicy literaturę obozową. Była jego pupilką. Z informacją o kursie na przewodników po Auschwitz-Birkenau spóźnił się, gdyż kurs w najlepsze trwał, gdy powiedział o tym Pani Ewelinie. Ale postawiła sobie ona za punkt honoru opanowanie wszystkich wiadomości i poprosiła Pana dyrektora o możliwość eksternistycznego zdawania egzaminu. Egzamin zdała śpiewająco.
Następnie oddała się pracy przewodnickiej - bardzo pasował jej kontakt z ludźmi, to że jej zajęcie jest dla niej interesujące, choć czasem również przygnębiające. Wówczas Auschwitz odwiedzały głównie grupy dorosłych, na ogół z zakładów pracy, a nie tak jak dziś wycieczki szkolne.
W ciągu czterech lat pracy wzięła ślub, urodziła córkę i na jakiś czas rozstała się z zawodem. Jednak gdy po urlopie macierzyńskim chciała się sprawdzić w oprowadzaniu, stwierdziła, że nie potrafi teraz tego robić. Zajęła się więc nauczaniem historii w pobliskiej szkole. I tak minęło blisko dwadzieścia pięć lat. Do czasu, gdy ze swoją ostatnią klasą przyjechała na wycieczkę do Birkenau. Przewodniczka, która ich wówczas oprowadzała po obozie preferowała surowy i oschły styl opowiadania. Nie na to przygotowała pani Ewelina swych uczniów. Wcześniej mówiła im o historiach poszczególnych osób, związkach łączących poszczególnych więźniów, ale nic takiego w czasie oprowadzania nie usłyszeli. Można powiedzieć, że wówczas poczuła pierwszy impuls, który sprawił że powróciła do zawodu.
Był to jej ostatni rok w szkole. Jednak jej żywiołowa natura nie pozwoliła jej pozostać w domu. Była już na emeryturze, ale ciągle czuła, że ma jeszcze coś do zrobienia. By przełamać własny lęk przyszła sama do obozu, by sprawdzić na ile może jeszcze to robić. Pomyślała: czemu nie spróbować? Musiała na nowo zdobyć uprawnienia przewodnickie, a następnie przekonać do siebie zarząd muzeum, by móc po kursie znaleźć pracę. Cała kadra przez te wszystkie lata się zmieniła i nikt już jej nie pamiętał. Rozmawiając z dyrektorka wspomniała o swym wieloletnim doświadczeniu pedagogicznym. Ktoś taki nie mógł się marnować ścierając kurze w domu... Rozpoczęła pracę.
I tak minęło kolejne jedenaście lat. Od czterech lat współpracuje z MDSM i bardzo chwali sobie wszelkie grupy seminaryjne, które na zwiedzanie byłych obozów koncentracyjnych mają znacznie więcej czasu niż przeciętny odwiedzający. Szczególnie zapadło jej w pamięć oprowadzanie grupy chłopaków z poprawczaka. Dzień był pochmurny i szarawy, jak to często w Auschwitzu bywa, zanosi na deszcz. Gdy podeszła do grupy chłopaków rozpoczęła od uprzedzenia o tym, że trzeba będzie również chodzić po przestrzeni otwartej, więc lepiej by się pozapinali, nałożyli czapki i kaptury. Widać nie byli oni przyzwyczajeni do takiej troski i starali się być wobec przewodniczki uprzejmi. Dopiero w Bloku 11, oglądając podziemia gestapowskiego więzienia jednemu z chłopców wyrwało się "O proszę Pani! Ale oni mieli wtedy przerąbane!"
Dziś pani Ewelina nie miewa już żadnych koszmarów. Śni jej się jedynie czasem, że opowiada coś jakiejś grupie i dopracowuje w ten sposób pewne tematy w zgodzie z prawdą historyczną przez sen. Przyznaje się też do tego, że czasem łamie jej się głos, ale wówczas na chwilę przerywa opowieść i zagaduje grupę o pogodę czy inny neutralny temat, który pozwala jej na chwilę wyłączyć psychikę i nie myśleć tylko o zbrodni, jaka miała tu miejsce. Przyznaje, że musi być silna i odporna, by móc o tym opowiadać. A w końcu ktoś musi to robić.
Pracę swoją traktuje również jako pewną misję. Jak mówi, im więcej ludzi o tym wie i im więcej jest w nich refleksji na ten temat tym większa szansa że uda się ludzkości uniknąć kolejnej tragedii. Choć ciągle człowiek nie jest wolny od zła, to należy robić wszystko, by nie pobudzać ludzkiej nienawiści. By znów nie odrodziła się ze zdwojona siłą.

Sylwia Mróz

07:49, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 stycznia 2007
Wielki cmentarz

Gdy przemierzam teren obozu w Auschwitz, towarzyszy mi cisza, lekki podmuch wiatru. Na niebie cały czas obecne są chmury. W głowie zbierają się myśli, które przytłaczają i skłaniają do refleksji. Nasuwają się pytania, na które i tak nikt nie udzieli nam odpowiedzi.

 

Chodząc po obozie mam wrażenie, że jest to cmentarz największy i najbardziej anonimowy jaki istnieje. To tu ginęli niewinni ludzie, matki traciły dzieci, żony mężów, ginęły całe rodziny. Aby przetrwać musieli nieustannie walczyć ze swoimi słabościami... Teraz panuje tu cisza, ludzie zwiedzający obóz są jakby nieobecni, zamyśleni, niektórzy mają łzy w oczach...

Piękne jest to, jak wielką wrażliwość ludzie okazują temu miejscu, że potrafią mu oddać należyty szacunek. Dzięki wizycie tutaj doceniamy, że możemy żyć, że jesteśmy wolni i
nikt nam nie odbiera człowieczeństwa.

Oby to miejsce i historia tych ludzi nigdy nie zginęła.

Anna Malinowska (click for the other texts by Anna)

08:30, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
środa, 24 stycznia 2007
Normalnie żyć w Oświęcimiu

Dla przyjezdnych Oświęcim kojarzy się wyłącznie z obozem. A przecież to nie wszystko.

Domy

Ogrodzenie wokół Birkenau jest wysokie. Na górnej części ma druty kolczaste. Kiedy stoi się przy pomniku pamięci ofiar, widać przez nie w oddali dachy domów.
Nie wiem, jak można mieszkać blisko obozu, gdzie działy się takie rzeczy - dziwi się Karolina, 18 lat, uczennica liceum w Oświęcimiu. -
Ja na pewno bym nie mogła.
Kiedy pytam ją, co z historią, mówi: Nie rozmawia się o tym. Dopiero, kiedy jest jakaś rocznica. Poza tym żyje się normalnie. Normalnie, a więc: szkoła, dom, czasami zabawa.

Zabawa
A bawią się najczęściej młodzi. I mają gdzie, bo w mieście są dyskoteki, puby. Nocą miasto zaczyna tętnić życiem. A dyskoteki są takie jak wszędzie.
Tylko raz idąc wieczorem w stronę centrum miasta spotykam grupkę chłopców, stan wskazujący na spożycie. Śpiewają sobie na melodię Brown girl in the rain ot tak:
Auschwitz Birkenau, sia la la la la.
Poza tym spokój, każdy idzie w swoją stronę.

Mieszkańcy
Mieszkańcy Oświęcimia są największymi poszkodowanymi całej powojennej historii Auschwitz (...) - pisze Agnieszka Sabor w artykule Miasto naznaczone. - Nowe zagospodarowanie przestrzeni wokół obozu jest moralnym zobowiązaniem, ale czy trudno zrozumieć niepokój ludzi, którym przed laty przyznano lokale na terenie pomiędzy Auschwitz a Birkenau?

Anna M. Potrzeszcz (click for the other texts of Anna)


23:25, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
Tajemnice bloku 11

Stefan Jasieński

Zwiedzamy obóz koncentracyjny KL Auschwitz. Podczas oprowadzania po bloku 11 przewodniczka opowiada namiastkę historii ppor. Stefana Jasieńskiego. Pokazuje jego rysunki na drzwiach i ścianach. Zwykły ołówek, kawałek ściany, drzwi i przede wszystkim talent plastyczny Jasieńskiego odzwierciedlają jego biografię bez użycia słów.

Na drzwiach widnieje szkic herbu jego rodu ,,Dołęga”. Pośrodku widzimy otwartą książkę, ołówek, pióro, rysownicę, przekładnicę, dwie ekierki – Jasieński studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

Jest też lanca ułańska z proporcem, szabla, koń, czołg, motocykl – w 1939 r. został wcielony do warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej.

I odznaka cichociemnych przedstawiająca orła z wieńcem w szponach, i samolot ,,Halifax”, i skoczka spadającego na spadochronie – w 1942 r. został powołany na kurs szkoleniowy skoczków spadochronowych – cichociemnych.

Nieco niżej na drzwiach widoczny jest zarys kielicha ze słabo czytelną datą – 1 stycznia 1945. Prawdopodobnie symbolizuje Nowy Rok, który spędził w samotności w celi nr 21 w podziemiach ,,bloku śmierci” (blok nr 11).

W lewym górnym rogu jest podobizna przedstawiająca kalefaktora aresztu obozowego - Jakuba Kozielczuka.

W celi śmierci podporucznik pozostawia jeszcze jeden rysunek wydrapany na tynku ściany. To wizerunek Chrystusa Miłosiernego, podobny do tego, który nosi po aresztowaniu przez hitlerowców.

Kalendarz, który zaznacza na ścianie, ma wyryte pionowo liczby 13, 20, 27, 4, 10, 18, 25, 1. Nad nimi litera ,,P” są to kolejne poniedziałki od 13 listopada 1944 r. do 1 stycznia 1945.

Przed schwytaniem przez SS-manów, Jasieński wraz ze swoim przyjacielem ,,Sosną” organizował wyprawy rowerowe drogą wiodącą wzdłuż obozu, w tym właśnie czasie tworzy szkice terenu przyobozowego.

Dane gromadzone przez ,,Urbana” na temat sytuacji w obozie i kontakty nawiązane z Radą Wojskową miały posłużyć do opracowania planów ataku sił partyzanckich Okręgu Śląskiego AK na oddziały SS. Pod warunkiem, że hitlerowcy opuszczając KL Auschwitz – Birkenau przystąpiliby do całkowitej likwidacji wielu tysięcy Żydów.

Kasia Szustakowska (click for the other texts by Kasia)

22:31, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
ein, zwei, Polizei...

-Where do you come from?
-I come from Poland.
-Ah... Holland! Amsterdam..
-No, not Holland. P O L A N D..
-Ou. Poland... Auschwitz.

Wiele razy z tego typu kliszą spotkałam się rozmawiając z przygodnie spotkanymi ludźmi. Auschwitz jest pierwszym skojarzeniem dla wielu osób, gdy usłyszą: Polska. Jednak nie każdy zagłębia się w to, czym była ta hekatomba. Nie jest katastrofą, która spadła tylko na Żydow, choć stanowili 90 % ofiar w obozach Auschwizt- Birkenau.
Czy formuły mówiące o LICZBIE zabitych ludzi coś jeszcze komuś mówią?
Czy są one jeszcze w stanie zobrazować wymiar i charakter tej zbrodni?

"Nikt nie będzie w stanie opowiedzieć o Auschwitz całej prawdy, kiedy odejdą jej ostatni świadkowie. Jest ona niewyobrażalna, przerasta granice percepcji każdego człowieka, jeśli sam tego nie przeżył. Dla ludzi, którzy mieli szczęście urodzić się już w czasie pokoju i dla tych, którzy będą przychodzili na świat KL Auschwitz będzie się stawał coraz bardziej odległym w czasie symbolem, tragicznym, ale przecież w jakimś sensie odhumanizowanym, martwym jak cmentarny nagrobek, mimo gigantycznych rozmiarów tego cmentarza. Bo nawet owe tysiące ludzi tam zamordowanych, zmienionych w dym i popiół są dzisiaj dla większości tylko martwa liczbą, umownym pojęciem." - opowiada były więzień Auschwitz, Mieczysław Kieta.




Kazimierz Smolen (Foto: Ralph Pache)

My w Auschwitz spotkaliśmy się z innym byłbym więźniem - Panem Kazimierzem Smoleniem. Aresztowany za działaloność w ruchu oporu, więziony był kolejno w Tarnowie, Auschwitz-Birkenau. Z ostatnim marszem śmireci 18 stycznia 62 lata temu ewakuowano go do obozu w Mauthausen, a następnie Melk i Ebensee. Wraz z frontem przesuwającym się coraz bardziej na zachód Pan Kazimierz był przenoszony w głąb Rzeszy. Po wojnie studiował prawo na UJ, jak sam przyznał "by nie popaść w kompletną rozpacz i depresję, a po prostu żyć dalej i nadawć swemu życiu nowy sens". Składał zeznania w wielu procesach przeciwko zbrodniarzom nazistowskim. Teraz o czasach obozowych mówi płynnie i potoczyście chcąc podzielić się z nami każdym szczegółem. Jednocześnie jego monolog krótki i węzłowaty. W ciągu godziny usłyszeliśmy całe dzieje Pana Kazimierza: te z początku wojny, w jaki sposób trafił do obozu, w jaki sposób przeżył (uzyskał funkcje pisarza w Wydziale Politycznym) i co się z nim działo po wojnie. Bez zbędnych dygresji opowiada historię "jak to było". Słuchamy świadectwa ocalonego i staramy się jak najwięcej zrozumieć choć wiemy, że nie do końca jest to możliwe.

W końcu żadne pokolenie nie żyje i nie tworzy tylko dla siebie, również nie umiera tylko dla siebie. Pamięć o tym, co się stało w Auschwitz, jest cząstką niespłaconego długu zaczerpniętego przez ludzkość wobec ofiar historii. Gdybyśmy o nich nie pamiętali stalibyśmy się nieobecni w historii.

Sylwia Mróz (click for the other texts by Sylwia)

21:45, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym..

Pobudka o czwartej rano; mocne bicie żelazem o żelazo przeszywa na wskroś uszy...
Nieznośny hałas i zewsząd dobiegające jęki...
Następnie pędem do latryny, porządkowanie posłania, ustawianie się w rzędzie, liczenie czy nikt nie zginął, marna łyżka śmierdzącej masy w misce...
Wymarsz z obozu do odległego o kilka kilometrów miejsca pracy i już na samym skraju nocy i dnia - początek pracy, która potrwa następnych kilkanaście godzin...
Bez odpoczynku, bez nagród, do gwizdka, który jest zwiastunem końca dnia...
Potem z powrotem przebywanie odległej drogi do obozu...
I tak upływa dzień za dniem...
Tysiąc siedemset dni istnienia obozu Auschwitz-Birkenau...

O tym czytamy w niejednej relacji więźnia obozu. Wiemy jak wyglądał obozowy dzień powszedni.
Ale co tak naprawdę wiemy o głodzie?
"Głód jest wtedy prawdziwy, gdy człowiek patrzy na drugiego człowieka jak na obiekt do zjedzenia."
Czy możemy zrozumieć zwyczajność zbrodniarzy i towarzyszących całej zagładzie okoliczności?
"Paru ludzi kierujących ruchem, żeby tłoku nie było i ludzie płyną jak woda z kranu za odkręceniem kurka."
Co z ludźmi, którzy przyłożyli swoja rękę do tej zbrodni, ludzie z "kanady" czy pracujący na rampie?
"Nie byli to źli ludzie, tylko przyzwyczajeni."
Czemu nie pomagano na znacznie większą skalę ludziom chorym, straszym, dzieciom? Skąd ta wszechogarniająca wszystkich bierność?
"Bo żywi zawsze mają rację przeciw umarłym."

[cytaty pochodzą z opowiadań Tadeusza Borowskiego]

Sylwia Mróz (click for the other texts by Sylwia)

08:55, interjournalists , Teksty po polsku
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2